MOSCOW CITY, RUSSIA

piątek, 20 września 2013

Will you still love me when I'm no longer young and beautiful?

po wczorajszej migrenie mój mózg wciąż jeszcze pracuje na zwolnionych obrotach. tak więc na blogu odtwórczo - kolejna porcja 'komplementów'.

1. mój własny Pan Mąż odbiera nas z lotniska. chcąc mu zrobić niespodziankę, nie mówię mu wcześniej, że ścięłam włosy na chłopaka. wychodzimy z Wiewiórem do hali, Misha dziwnie na mnie patrzy, ale nic nie mówi. w końcu pytam, czy mu się podoba moja nowa fryzura. on na to:
- podoba?!?!? mogłaś mnie uprzedzić, że wyglądasz jak nieletni Uzbek o odmiennej orientacji seksualnej!

2. czasy, kiedy miałam jeszcze długie włosy i grzywkę. ściągam czapkę, a koleżanka z placu zabaw mówi:
- ooo, nie martw się! mnie też kiedyś s...przyli grzywkę!

3. po rozmowie z lekarzem mówię w domu, że dzieci dziedziczą urodę i inteligencję po matce. na to mój brat łapie się za głowę i mówi:
- o k..wa! biedna Aleksandra, ma przerąbane!

piątek, 13 września 2013

I never needed you for pointing out my wrongs

jak co dzień wyprawiam do przedszkola zrzędzącego Wiewióra i jego równie 'rozentuzjazmowanego' Tatusia, tyle że do pracy.
spokojnie robię sobie kawę, spokojnie zasiadam do komputera i równie spokojnie sprawdzam w kapowniku listę spraw do załatwienia. i cóż my tam mamy? zakupy - jak zwykle lodówka prawie pusta, chociaż wczoraj, przedwczoraj i w każdy inny dzień wstecz, chodziłam do sklepów i wracałam objuczona, jak wielbłąd. hmmm. wychodzi na to, że nic innego nie robimy, tylko konsumujemy. brrr! dobra, jedziemy dalej: odebrać wyniki od lekarza. ok. następne: zapłacić zdrowotne do ZUS'u - PILNE!! ok. i tu ciśnienie mi niezdrowo wzrasta i dobry humor idzie się ____________(uzupełnić wg. własnego uznania).
sprawa pozornie błaha - nie od wczoraj przelewam tym, lub innym krwiopijcom kasę. do tej pory nigdy nie było żadnych problemów, niezależnie od tego, gdzie w sensie terytorialnym przyszło mi korzystać z bankowości internetowej ING.
w tym momencie zaczynają się schody, bo aby dokonać przelewu muszę dostać sms'em kod potwierdzający. na mój polski numer komórki. cisza. 'no dobra' myślę, spróbuję później. niestety za każdym razem jest to samo, czyli nie dzieje się nic. należę do pokolenia, które czekać nie umie/nie lubi, więc zdenerwowana dzwonię na infolinię banku. szybko mi idzie, Panie są kompetentne i udają, że wcale nie słyszą oznak mojej narastającej irytacji. okazuje się, że ze strony ING wszystko gra, nawala operator komórkowy, czyli Orange.
porządnie już nabuzowana próbuję dodzwonić się na ich infolinię. nie dam rady wybrać tonowo połączenia z konsultantem, ale w pierwszej chwili wydaje mi się, że sama coś robię źle. po 10'tej próbie (z różnych telefonów) jestem już nie tylko wku...wiona, ale też sfrustrowana z bezsilności. Misha najpierw się ze mnie śmieje, ale okazuje się, że on też nie może sforsować rzeczonej infolinii. w akcie desperacji dzwonię do brata w Polsce i proszę o interwencję.
Jerzemu udaje się jakoś przedrzeć do konsultanta, ale na tym cuda się kończą. najpierw każą mi ponownie włączyć komórkę. ok. potem wyjąć kartę SIM na minutę. później mam włożyć ją do innego aparatu. kolejna propozycja obejmuje zmianę przeglądarki internetowej (próba zwalenia na bank). a może karta jest zepsuta? na koniec Pan przyznaje, że 'widzi' mój numer w Moskwie, ale nie mogą (?!?!?!) go włączyć. AAAAAAAAAAAAAA!!!!
nigdy nie miałam długów i dużo rozmawiałam. a tak oto, z dnia na dzień, po 10 latach mojej lojalności, POP wycina mi taki numer. tak sieć Orange interpretuje powiedzeni 'Klient nasz pan'. brawo. czapki z głów.

środa, 11 września 2013

If you were a woman and I was a man (I'd like to try, another way)

miłość na przynależność narodową nie zważa. różnice kulturowe, językowe i hmmm, że tak się wyrażę, biurokratyczno - prawne, dla niej nie istnieją.
człowiek tak sobie buja w obłokach z motylami w brzuchu, a potem powoli otwierają mu się oczy, kiedy różnoracy urzędnicy kolejne 'kłody' mu pod nogi rzucają. i dopóki byliśmy sobie we dwoje, jakoś te przepisy nam specjalnie nie dokuczały. ja zostałam przy swoim nazwisku (dłuuuga historia), przyszłe potomstwo miało nosić nazwisko ojca. Soloviov (czyt. Sołoviov, z akcentem na ostatnie 'o'). i tu pojawił się pierwszy zgrzyt. pracownik krakowskiego USC 'zapomniał' poinformować nas, że trzeba zaznaczyć specjalną rubrykę, żeby nasze (teoretyczne wtedy) córki, mogły nosić poprawną w Rosji  żeńską formę nazwiska taty, z końcówką -ova/eva (SoloviOVA). i teraz mamy z tym ładne kwiatki, bo Wiewiór nazywa się Aleksandra Soloviev i tak w sumie, według przepisów rosyjskich jest ... chłopcem!
do tego dochodzi jeszcze brak tzw. 'otciestva', czyli imienia odojcowskiego. Wiewiór jest córką Mihaiła, więc w papierach powinno figurować Aleksandra Mihajłowna, ha! to absolutnie obowiązkowa świętość na wschód od Buga.  a tu czarno na białym: Aleksandra Anna. yyyyy, że co? nie dość, że zonk z nazwiskiem, to jeszcze 'błąd' w imieniu i otciestvie? dla niektórych to już za wiele. o tym, że się pomyliłam w dyktowaniu, dowiaduję się standardowo i zawsze. czasem nie skutkuje nawet informacja o tym, że dziecko urodziło się na zachodzie.
po którymś tam razie zaczęło mnie to nawet śmieszyć. trudno, taka wieczna walka z wiatrakami. ale czymże jest tu jednostka? odkręcanie wszystkiego jest już praktycznie niemożliwe, bo paszporty itd...
my i tak nie mamy najgorzej. koleżanka opowiadała mi o znajomej parze z Ameryki, której córka urodziła się w Moskwie. tata jest John Brown, a więc mała nazywa się Anna Johnovna Brown. to ci dopiero perełka językowa.
chyba się nigdy do tego nie przyzwyczaję. kiedy ktoś mi się przedstawia z imienia i otciestva, natychmiast oba zapominam, jako informację absolutnie zbędną. potem to zostaje mi tylko świecenie oczami. czasem dobrze jest mówić z wyraźnym akcentem. 

środa, 4 września 2013

Shut your mouth miss misery

zaiste miał Niemen rację śpiewając, że dziwny jest ten świat. i nie trzeba wcale długo szukać przykładów.
idę po zakupy. kiedy mam chwilę, lubię zatrzymać się przy owocach i jarzynach. kolory i zapachy cieszą oko i powonienie, a przynajmniej w teorii - powinny. w naszych tutejszych delikatesach jest wszystko. morele ze Stanów, śliwki z Azerbejdżanu, czereśnie z Hiszpanii, marchewka z Holandii,  czy ziemniaki z Izraela. tak światowo. nieomal darmowa podróż palcem po mapie. tyle, że to całe dobro doczesne jest całkowicie pozbawione walorów smakowych. a wygląda toto, jak  pisanka - takie cacane. z ceną gorzej, bo można się nieopatrznie nabawić niestrawności, gdy przeoczy się jedno z rzędu zer.
któregoś dnia nie wytrzymałam i zapytałam pani z obsługi, dlaczego nie ma ani jednego owocu/warzywa made in Russia. odpowiedź nieco mnie przeraziła: bo tak ma być, tu jest drogi sklep. 'swojskiego' nikt by im nie kupił. podobno tylko obcokrajowcy pytają o rosyjskie płody rolne.
heh. może ja dziwna jestem, ale wolałabym zjeść coś dobrego, o konkretnym smaku, nawet, jeśli skórka nie będzie idealna i znajdzie się kilka pestek.
znajomi ostudzili także mój entuzjazm, co do miejscowych palców targowych - trzeba wiedzieć, co i u kogo brać. bardzo często klienci, którzy nie 'kumają czczy', są oszukiwani na różne sposoby.
no to, to  się i w Polandzie zdarza, nie przeczę. ale to przecież taki 'swój' oszust, krajowy: wróg na własnej krwi wyhodowany.

wtorek, 3 września 2013

I don't have no time for no monkeybusiness

po raz pierwszy od jakichś stu lat (takie mam wrażenie) słyszę CISZĘ. błogą i omamiającą CISZĘ.
żadnego: 'Mamo!, Mam!, Maaaaaaaaamaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa! żadnych 'daj/zrób/pomóż/nie umiem!!!'.  przyczyna może być tylko jedna: nieodwracalnie nadszedł wrzesień.
Wiewiór wspaniałomyślnie postanowił jednak iść do przedszkola bez strajków. jedynym problemem póki co, jest wstawanie o barbarzyńskiej 7 rano. brrrr!!! i chyba my z Mishą mamy z tym większy kłopot, niż Wredny. zapanowanie nad porannym chaosem bez kubka kawy, jest dla mnie niemożliwe, a czasu starcza co najwyżej na szybkie śniadanie, mycie zębów, czary-mary z fryzurą, buzi i krzyżyk na drogę. tak to jest, kiedy nie dostaje się najbliższego przedszkola. dobrze, że to tatuś odprowadza Paskudnika: potem i tak musi się udać do pracy. ja zabieram po obiedzie. taki jest plan.
Boshe!! co się robi, jak się odrobi te wszystkie kretyńskie domowe prace typu mycie, prasowanie itd? że niby leży i kwiczy z radości? :)
dobra, nieważne.


KONTEMPLUJĘ CISZĘ!!!!

NIE PRZESZKADZAĆ!!!!