MOSCOW CITY, RUSSIA
sobota, 4 sierpnia 2012
Singing la-da-da-da-da
dziś znów posłużę się obrazami. słowa nie chcą tworzyć zdań i opornie mi idzie przelewanie myśli na wirtualny papier. mam nadzieję, że impotencja twórcza szybko minie i wrócę w wielkim stylu.
hmmmm brzmi egzotycznie.
środa, 1 sierpnia 2012
Is this the real life? Is this just fantasy?
wszystko, co dobre, szybko się kończy.
banały banałami, ale chyba właśnie wróciłam z wakacji swojego życia. aż nie chce się wierzyć, że nad morzem może nie śmierdzieć smażoną rybą!!! łał. odkrycie co najmniej epokowe, nieprawdaż? tak tak. właśnie się na forum publicznym przyznałam, że do tej pory kopałam grajdoły tylko nad naszym swojskim Bałtykiem. a tu wielki świat. raj.
to nic, że trzeba było nieomal walczyć na pięści o miejsca w samolocie Taniego Przewoźnika. to nic, że prawie nikt nie rozumiał na miejscu po angielsku. to nic, że niczego nie jesteś w stanie załatwić od 13'tej do 17,30. witamy pod włoskim niebem.
Benvenuti in Sardegna.
piątek, 6 lipca 2012
Every day I need another dose
nastały trudne czasy dla gryzoni z rodziny Wiewiórów. upał to zdecydowanie nie jest to, co Wredny lubi najbardziej.
z tej okazji pobudkę mamy koło 6.30, kiedy moje jestestwo domaga się przewrócenia się na drugi bok, a nie zajmowania rozdrażnionym prawie 3'latkiem. plusem całej sytuacji jest to, że koło 8 jesteśmy w miarę zwarte i gotowe do podboju piaskownicy. entuzjazm rozpiera co prawda tylko połowę naszej 2-osobowej ekipy, ale co tam niuanse.
mimo tak wczesnej pory po 20 minutach mam ochotę desantować się z powrotem do domu i wskoczyć prosto spod prysznica do lodówki. nie pozostaje mi jednak nic innego, jak szwendać się za wszystkochcącym Wiewiórem. po 2 godzinach w piekarniku wracamy szczęśliwie w tereny zacienione, nieodmiennie przy akompaniamencie wrzasków zmęczonego i lekko przypieczonego Wiewióra. i koło 13'tek Hitler kaput.
2 godziny błogiej ciszy... nie samym nocnikiem żyje człowiek.
i pomyśleć, że to jeszcze nie koniec tej kanikuły. Afryka dzika.
z tej okazji pobudkę mamy koło 6.30, kiedy moje jestestwo domaga się przewrócenia się na drugi bok, a nie zajmowania rozdrażnionym prawie 3'latkiem. plusem całej sytuacji jest to, że koło 8 jesteśmy w miarę zwarte i gotowe do podboju piaskownicy. entuzjazm rozpiera co prawda tylko połowę naszej 2-osobowej ekipy, ale co tam niuanse.
mimo tak wczesnej pory po 20 minutach mam ochotę desantować się z powrotem do domu i wskoczyć prosto spod prysznica do lodówki. nie pozostaje mi jednak nic innego, jak szwendać się za wszystkochcącym Wiewiórem. po 2 godzinach w piekarniku wracamy szczęśliwie w tereny zacienione, nieodmiennie przy akompaniamencie wrzasków zmęczonego i lekko przypieczonego Wiewióra. i koło 13'tek Hitler kaput.
2 godziny błogiej ciszy... nie samym nocnikiem żyje człowiek.
i pomyśleć, że to jeszcze nie koniec tej kanikuły. Afryka dzika.
środa, 4 lipca 2012
It messed me up, need a second to breathe
nie, w tym roku nie będę narzekać na upały. moskiewska wiosna, bardziej przypominająca środek października, skutecznie wyleczyła mnie ze sceptycyzmu słonecznego. nie twierdzę jednak, że słupek rtęci na 22 stopniach mnie nie cieszy. miła odmiana всего лишь.
w ramach przygotowań wakacyjnych postanowiłam się zaopatrzyć w kostiumy kąpielowe. zadanie niby proste - sklepy pełne, ruszyły wyprzedaże - nie takie rzeczy się już robiło. taaaaaa. jasne.
po pierwsze: rozmiary. z gaciami jeszcze można pokombinować. gorzej z górą. projektanci/producenci strojów widzą kobiety biegunowo: albo pierś rubensowska, albo jej brak, ocierający się niebezpiecznie o zanik. nie narzekam na swój biust - daleko mi do Pameli, ale dobry puch-up'y nie jest zły. da się.
odstałam swoje do przymierzalni, szczęśliwa zabieram się za mierzenie. przy 3 modelu mój entuzjazm opada. tu mi wypływa, tu sterczy, a tam spłaszcza. do tego na plecach czuję popędzający oddech rosnącej kolejki. miodzio. ze sklepu wychodzę bogatsza o majtasy, ale bez góry. spokojnie - topless'u nie planuję. aż tak odważna to ja nie jestem. nie chciałabym mieć na sumieniu cudzej ślepoty. co to, to nie.
wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że skończę w swoim starym kostiumie z czasów przedwiewiórczych. będę brylować na plaży w starociu udając, że to taki oldscoolowy vintage. i że hehe - się wie co w modzie piszczy.
w ramach przygotowań wakacyjnych postanowiłam się zaopatrzyć w kostiumy kąpielowe. zadanie niby proste - sklepy pełne, ruszyły wyprzedaże - nie takie rzeczy się już robiło. taaaaaa. jasne.
po pierwsze: rozmiary. z gaciami jeszcze można pokombinować. gorzej z górą. projektanci/producenci strojów widzą kobiety biegunowo: albo pierś rubensowska, albo jej brak, ocierający się niebezpiecznie o zanik. nie narzekam na swój biust - daleko mi do Pameli, ale dobry puch-up'y nie jest zły. da się.
odstałam swoje do przymierzalni, szczęśliwa zabieram się za mierzenie. przy 3 modelu mój entuzjazm opada. tu mi wypływa, tu sterczy, a tam spłaszcza. do tego na plecach czuję popędzający oddech rosnącej kolejki. miodzio. ze sklepu wychodzę bogatsza o majtasy, ale bez góry. spokojnie - topless'u nie planuję. aż tak odważna to ja nie jestem. nie chciałabym mieć na sumieniu cudzej ślepoty. co to, to nie.
wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że skończę w swoim starym kostiumie z czasów przedwiewiórczych. będę brylować na plaży w starociu udając, że to taki oldscoolowy vintage. i że hehe - się wie co w modzie piszczy.
środa, 27 czerwca 2012
Picture perfect memories scattered all around the floor
krk
tym razem nie mogę uwierzyć, że już jestem w Domu 1. lato wreszcie odzyskało swój jedyny właściwy zapach: truskawek i świeżych ogórków kiszonych. za oknem zieleń po horyzont i powietrze, którym da się oddychać bez ryzyka, że zaczniesz świecić od ilości zanieczyszczeń.
powoli odzyskuję siły i ochotę do życia. długa podróż pod znakiem klimatyzacji nieco opóźniła moją gardłowo - krtaniową rekonwalescencję. nasz kochany LOT jak zwykle dał ciała i Misha był zmuszony zostawić mnie samą na pożarcie zmęczonego i znudzonego Wiewióra. w takich chwilach naprawdę trudno być patriotą. o jakości jedzenia na pokładzie nie wspomnę, bo nie chcę się powtarzać. lakonicznie rzecz ujmując: na zachodzie bez zmian.
nie mogę się już doczekać wyjazdu do Suchej. może to i nie morze, ale chwilowy brak 'dobrodziejstw' cywilizacji (patrz: internetu i TV) dobrze mi zrobi. mojemu portfelowi też. przez to cholerne Allegro niedługo zbankrutuję. ot i co.
tym razem nie mogę uwierzyć, że już jestem w Domu 1. lato wreszcie odzyskało swój jedyny właściwy zapach: truskawek i świeżych ogórków kiszonych. za oknem zieleń po horyzont i powietrze, którym da się oddychać bez ryzyka, że zaczniesz świecić od ilości zanieczyszczeń.
powoli odzyskuję siły i ochotę do życia. długa podróż pod znakiem klimatyzacji nieco opóźniła moją gardłowo - krtaniową rekonwalescencję. nasz kochany LOT jak zwykle dał ciała i Misha był zmuszony zostawić mnie samą na pożarcie zmęczonego i znudzonego Wiewióra. w takich chwilach naprawdę trudno być patriotą. o jakości jedzenia na pokładzie nie wspomnę, bo nie chcę się powtarzać. lakonicznie rzecz ujmując: na zachodzie bez zmian.
nie mogę się już doczekać wyjazdu do Suchej. może to i nie morze, ale chwilowy brak 'dobrodziejstw' cywilizacji (patrz: internetu i TV) dobrze mi zrobi. mojemu portfelowi też. przez to cholerne Allegro niedługo zbankrutuję. ot i co.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


