po wczorajszej całodziennej bieganinie po przychodniach padłam wieczorem na dziób, dziś rano powtórka z rozrywki. a końca nadal nie widać.
dwa lata temu, chyba w marcu, przechodziłam to samo - badania na tzw. РВП (pozwolenie na pobyt czasowy). i również tym razem mogę śmiało powiedzieć, że celowe zamęczanie ludzi to specjalność tutejszych służb migracyjnych. chcesz mieszkać w Rosji? no to sobie pochodzisz po lekarzach, a może się poddasz i spasujesz - o to przecież chodzi.
pierwszy punkt na liście - oddawanie krwi na HIV. taaaa. prędzej się tu człowiek zarazi, niż w PL, ale nie ważne. pielęgniarka od drzwi wita mnie tekstem 'co wy wszyscy Gruzini tak do nas jedziecie?'. ha. jak miło - wyglądam jak Gruzinka. dobra. nie jest źle.
punkt drugi - przychodnia dla narkomanów. w okienku wita nas informacja: przyjmowanie interesantów we wtorki i czwartki (wczoraj była środa). chcę już do domu, mam dość - szpitale są rozrzucone bardzo daleko od siebie, daleko od metra, w jakichś zaułkach - koszmar. z opresji ratuje mnie urocza pani z recepcji, za radą której idę od kierownika placówki. on - są jednak jeszcze dobrzy ludzie na tym świecie, też idzie mi na rękę i jazda do trzeciej przychodni.
szpital dla gruźlików. i tradycyjnie informacja: 'Prześwietlenie płuc tylko od 13 do 14. i nie więcej niż 50 osób w jeden dzień'. AAAAAAAAAAA!!!! jest 11 z groszami, a ja mam ponurą wizję kłębiących się przed okienkiem tłumów. czekać, nie czekać - oto jest pytanie. pani w okienku śmiało mogłaby zasilić szeregi moherowych beretów - tak jest uczynna. pomagają 'swoi' - tacy, jak ja wariaci, którzy starają się o te papiery: Rumun i para pięknych Uzbeków. potem pozostaje nam tylko nie tracić poczucia humoru. to 'tyle' na wczoraj.
dziś z sikami przez pół miasta. kocham to. dobrze, że Dziadek nas wyręczył i posiedział z Wiewiórem. nikogo przecież nie obchodzi, że nie masz z kim dziecka zostawić. eh!!!!
MOSCOW CITY, RUSSIA
czwartek, 13 października 2011
niedziela, 9 października 2011
czwartek, 6 października 2011
Groundhog Day, czyli Świstak pełną gębą
tak jakoś ostatnio wychodzi, że czwartek to u nas dzień załatwień. lekarze, zakupy, wyjazdy 'papierowe' itd, itp.
dziś przyszła kolej na kolędowanie pod Ambasadą Polandu. tym razem poszło nam szybciej - wiedzieliśmy gdzie się NIE pchać i czego NIE oczekiwać. no i zabraliśmy ze sobą paczkę ukochanych ciasteczek Wiewióra. przynajmniej jemu się nie dłużył czas.
niestety nie mogę powiedzieć, że ogólne warunki oczekiwania uległy zmianie na plus... nie ma ani wody do picia, ani ubikacji dla petentów, a czeka się czasem dwie godziny. eh!!! w skrócie można byłoby to określić jako 'ćwiczenie zamków o suchym pysku'. WSTYD!!!
a w niedzielę idę głosować. Mama mnie wczoraj nie na żarty przestraszyła mówiąc, że PiS depcze po piętach Platformie. nie, żeby była fanką PO, ale słabo mi się robi na myśl o Jarku. jak by się nie starał, do mnie nie przemawia i mam coraz silniejsze wrażenie, że PiS to sekta, a nie partia. tak - my zagranicą głosujemy na listę Warszawską. fajnie - przynajmniej tak się człowiek otrze o stolyce. a tam - wiadomo - cooltura, ogłada, Wiejska i te sprawy.
dziś przyszła kolej na kolędowanie pod Ambasadą Polandu. tym razem poszło nam szybciej - wiedzieliśmy gdzie się NIE pchać i czego NIE oczekiwać. no i zabraliśmy ze sobą paczkę ukochanych ciasteczek Wiewióra. przynajmniej jemu się nie dłużył czas.
niestety nie mogę powiedzieć, że ogólne warunki oczekiwania uległy zmianie na plus... nie ma ani wody do picia, ani ubikacji dla petentów, a czeka się czasem dwie godziny. eh!!! w skrócie można byłoby to określić jako 'ćwiczenie zamków o suchym pysku'. WSTYD!!!
a w niedzielę idę głosować. Mama mnie wczoraj nie na żarty przestraszyła mówiąc, że PiS depcze po piętach Platformie. nie, żeby była fanką PO, ale słabo mi się robi na myśl o Jarku. jak by się nie starał, do mnie nie przemawia i mam coraz silniejsze wrażenie, że PiS to sekta, a nie partia. tak - my zagranicą głosujemy na listę Warszawską. fajnie - przynajmniej tak się człowiek otrze o stolyce. a tam - wiadomo - cooltura, ogłada, Wiejska i te sprawy.
poniedziałek, 3 października 2011
[Wake me up] when september ends
jak miło obudzić się i zobaczyć niebieskie niebo - nawet, jeśli termometr bezlitośnie sprowadza na ziemię pokazując 5 stopni.
i jakże przyjemnie nie grzebać w błocie... tak, tak, Wiewiór ma nową, sezonową, idee fiks: zbieranie kasztanów. rękami, prosto z ziemi. a potem w ilości półhurtowej taszczymy toto do domu i natychmiast o nich zapominamy. do następnego spaceru. chyba czas najwyższy wyrzucać je w tajemnicy przed kolekcjonerką, bo jak tak dalej pójdzie, to nam wiader zabraknie.
i jeszcze taka refleksja na koniec. niby żyjemy w nowoczesnym świecie, jesteśmy postępowi itd, itp. to skąd do cholery bierze się przesądność? dziś prawie padłam trupem na miejscu po tekście: 'takie piękne dziecko!! nie boi się Pani, że ktoś rzuci na nią urok? proszę natychmiast zawiązać jej czerwona wstążeczkę!!!' AAAAAAAAAAAAAAAAAA!!!!! ludzie!!! że się tak światowo wyrażę: WTF?!!!??!!
sobota, 1 października 2011
I'm alive, yes and no...
dzisiaj mieliśmy za oknem chyba wszystkie pory roku, oprócz lata. lazurowy błękit i granat bliskiej nawałnicy. słońce i deszcz. nie ustaje tylko jedno: koszmarny wiatr.
z okazji soboty i posiadania w domu Pana Męża, postanowiłam urwać się na chwilę ze smyczy i pojechałam do ... centrum handlowego. tak tak. zew zakupoholizmu zaprowadził mnie prosto do działu dziecięcego H&M. w Moskwie tylko w tym sklepie ceny są do przyjęcia, ale... tak, jest 'ale' i to nie takie 'małe ale': dzikie tłumy. jakby wszyscy się zmówili/umówili i postanowili kupować w tym samym miejscu i czasie, albo towary rozdawali co najmniej za darmo. kolejki do kas są tak długie, że każdy trzeźwo myślący człowiek natychmiast by zrezygnował. ja stałam - no przecież powiedziałam wyraźnie: 'TRZEŹWO myślący'. znaczy - nie ja.
a i tak powiem Wam w sekrecie, że NIE MA TO JAK SZMATEKSY!!! :)
z okazji soboty i posiadania w domu Pana Męża, postanowiłam urwać się na chwilę ze smyczy i pojechałam do ... centrum handlowego. tak tak. zew zakupoholizmu zaprowadził mnie prosto do działu dziecięcego H&M. w Moskwie tylko w tym sklepie ceny są do przyjęcia, ale... tak, jest 'ale' i to nie takie 'małe ale': dzikie tłumy. jakby wszyscy się zmówili/umówili i postanowili kupować w tym samym miejscu i czasie, albo towary rozdawali co najmniej za darmo. kolejki do kas są tak długie, że każdy trzeźwo myślący człowiek natychmiast by zrezygnował. ja stałam - no przecież powiedziałam wyraźnie: 'TRZEŹWO myślący'. znaczy - nie ja.
a i tak powiem Wam w sekrecie, że NIE MA TO JAK SZMATEKSY!!! :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)

